Podróż życia, czyli machiną przez Chiny

„W nocy cały las płonie elektrycznym światłem. To nie księżyc, który złośliwie przewrócił się do góry nogami i łypie w dół, nie gwiazdy rozrzucone po nieboskłonie, a skromny robaczek świętojański. Jest ich dwóch braci, a każdy z nich ma bardzo liczną rodzinę, jedna partia spaceruje po trawach, ziemi, drzewach, świeci spokojnie, druga ma podniebne aspiracje, lata, zapalając i gasząc na przemian reflektor. W gąszczu czarnym nagle błysną ślepia, myślisz, że to tygrys, ślepia gasną, by po chwili znów zabłysnąć wysoko wśród konarów drzew, zawisnąć pośród próżni nocy.”

Kiedy jeszcze mama często powtarzała, żebym na siebie uważała, nie wsiadała do przedziału z samymi mężczyznami i żebym za szybko nie jeździła ja postanowiłam ruszyć w daleką podróż z chłopakiem, którego lepiej znałam z opowieści niż z własnego doświadczenia. Na motocyklu, na którym wcześniej siedziałam raptem może raz. Z noclegiem w namiocie, w którym nigdy nie miałam okazji spać. Ja, która nigdy nie byłam na wakacjach za granicą przejechałam z prawie obcym facetem jakieś 10 tysięcy kilometrów, śpiąc w lesie gdzieś w Rumunii i na plaży w Batumi. Ja, spokojna, nieufna, obawiająca się wszystkich nieszczęść tego świata, podjęłam w ciągu minuty szaloną decyzję, która zmieniła moje życie.

Od tamtej pory kilometrów przejechanych wspólnie tylko przybywało. Przybywało też na mojej półce książek opisujących podróżowanie na motocyklu. Czytam je do tej pory namiętnie i z wielką tęsknotą w sercu. Jedna z nich najbardziej zapadła mi w pamięć, „Mój chłopiec, motor i ja”.

Kiedy kilka lat później, na półce biblioteki dziecięcej zauważyłam tytuł „Machiną przez Chiny” i nie wiem dlaczego, ale od razu mi się tamta opowieść przypomniała. I naprawdę, uwierzcie, nie wiedziałam, że ta książka dla dzieci opisuje tę samą historię, o której wtedy pomyślałam!

W domu, z błyskiem w oku zaczęliśmy wertować strony, porównywać zdjęcia, historie, a ja zapragnęłam znów zanurzyć się w tej przedwojennej rzeczywistości, ruszyć w drogę z Bujakowskimi, którzy odważyli się przejechać motocyklem całą Europę, Azję, aż do Szanghaju. Wyruszyli w 1934 roku! Potraficie sobie wyobrazić, jaki wtedy był stan dróg? Ile stacji benzynowych po drodze? Ile bankomatów i sieci komórkowych do wyboru? Jednym słowem – szaleństwo! Dwoje wariatów wyrusza w podróż życia, z której już nigdy nie wrócą tacy sami. Książkę czytałam jednym tchem, z wypiekami na twarzy, z nowymi marzeniami w głowie. Bo sSkoro oni mogli to ja też!

Książka „Machiną przez Chiny” zawiera kilka wybranych historii z całej podróży małżeństwa Bujakowskich. Są napisane językiem przyjemnie brzmiącym dla młodego czytelnika, choć ja też z przyjemnością ją przeczytałam. Ilustracje są całkiem przyjemne, choć na tym znam się mniej. Franek najbardziej polubił historię o konfiturze i tureckiej granicy. Najchętniej słuchałby jej po kilka razy z rzędu, z odpowiednią intonacją i gestami.

Na koniec bardzo Was zachęcam do przeczytania tej historii, i w wersji dla dzieci, i w wersji dla dorosłych, nawet jeśli motocykle Was nie interesują. W tej książce nie odgrywa on głównej roli. Liczy się coś więcej. Czytajcie, delektujcie się, marzcie i planujcie. Przekonacie się, że nie ma rzeczy niemożliwych.

A co o książce napisało Wydawnictwo WAB? Niech to Was dodatkowo zachęci:

„Na początku jest szalony pomysł, by udać się w podróż poślubną… motorem i ruszyć po przygodę życia, tak daleko, jak to możliwe, czyli, jak wskazują mapy, do Szanghaju. Stanisław Bujakowski dosiada maszyny B.S.A. o mocy 10 koni mechanicznych, Halina mości się w doczepionym do motocykla koszyku i tak zaczyna się niesamowita historia. Jest sierpień 1934 roku.

Podróż młodej pary trwa rok i siedem miesięcy, szlak wiedzie przez całą Azję, od Turcji, poprzez Syrię, Irak, Persję, Indie, Burmę, Indochiny do Chin, prawie 24 000 kilometrów. Halina Korolec-Bujakowska żywiołowym, romantycznym, pełnym rozmachu, ale też nie pozbawionym autoironii i humoru językiem opisuje życie, obyczaje i stroje mieszkańców kontynentu. Spisane dziewczęcą ręką pamiętniki to także wdzięczna lektura dla miłośników twardej, męskiej przygody, świadectwo wielkiego wyczynu sportowego. Autorka w przejmujący sposób relacjonuje trudy przeprawy, kiedy to nie motocykl niesie podróżników, ale podróżnicy pchają czy wręcz przenoszą maszynę przez pustynie Beludżystanu i błotniste szlaki Birmy. Opowiada mrożące krew w żyłach przygody, niemal na porządku dziennym są płonące w przydrożnych przepaściach ciężarówki i baraszkujące pośrodku szosy tygrysy. Egzotyczna Azja z tygodnia na tydzień, z kilometra na kilometr staje się coraz mniej tajemnicza, wciąga i oczarowuje, przed naszymi oczyma roztacza się barwna mozaika orientalnych obrazów i sylwetek, szoferów, pograniczników, hinduskich sadhu, Ików z birmańskiej dżungli…

Wyprawa, choć prowadzi ku wytyczonemu na mapie celowi, w pewnym momencie przestaje toczyć się zgodnie z planem – ale nie zdradzajmy wszystkiego. Dość powiedzieć, że beztrosko rzucony pomysł zmienia się nie tylko w wielką przygodę, ale staje się dla obojga bohaterów początkiem zupełnie nowego życia.

I chociaż nie odkryliśmy Ameryki, ani nawet małego skrawka ziemi, bo wszędzie już ktoś był przed nami wozem, wołem, wielbłądem, osłem, pieszo, konno… to jednak żaden motocykl, ani nawet samochód nie przetoczył się wcześniej naszą trasą w całej jej rozciągłości.

Halina Korolec-Bujakowska”