Hour by hour i blondynka na stacji benzynowej

Jak wygląda zwykły poniedziałek zwykłej pracującej matki? A jak mamy, która przebywa na urlopie macierzyńskim? A jak kobiety, która nie ma dzieci, za to mnóstwo pasji i zajęć? Zastanawialiście się czasami, czy życie innych osób jest podobne do Waszego? Teraz jest świetna okazja, żeby to sprawdzić, bo dwie Kasie (Worqshop i Antilight) podjęły się prowadzenia fajnej akcji pt. hour by hour, dokumentującej godzina po godzinie życie blogerek i blogerów. To fajna zabawa, przynajmniej mi sprawiła wiele frajdy. Zapraszam na mój poniedziałek hour by hour :

6:45. Budzik dzwoni co 10 minut od 6:05. Najwyższa pora wstać. Młodszy już podjada w kuchni śniadanie taty. Tam, gdzie jest jedzenie, jest i Igi. Starszak śpi obok mnie. Znowu zasypialiśmy we dwójkę a obudziliśmy się we czworo. Ciasno, ale tak przyjemnie… 🙂

7:45. Kończymy śniadanie. Nie jestem #fooddesigner #foodstylist #foodphotographer ani żaden inny #food, więc moje miseczki z jaglanką wyglądają tak, jak wyglądają. Poza tym rano nie miałabym czasu na precyzyjne układanie jagód na kaszy. I tak jest ładniej niż na co dzień, kiedy to zamrożone owoce lądują na dnie miseczki, przykryte gorącą papką. Bo to idealny sposób na rozmrożenie jagód i ostudzenie kaszy w ciągu kilku sekund, tak cennych rano.

Przy okazji napiszę Wam, co zwykle jemy na śniadanie, bo sama często szukam takich porad na innych blogach. Byłoby fajnie, jeśli komuś przydałaby się moja śniadaniowa lista dnia codziennego (w weekendy jemy bardziej konkretnie):
1.    Jaglanka z owocami i cynamonem. Właściwie codziennie używam banana jako słodzika, a z innych owoców pojawiają się jeszcze borówki albo jagody, gruszki, jabłka, mango, truskawki. Kasza jaglana jest świetna na śniadanie, bo właściwie sama się gotuje, nie trzeba jej mieszać, ustawi się timer i gotowe,
2.    Owsianka z owocami i cynamonem
3.    Placuszki bananowe: rozgnieciony banan, jajko, popping z amarantusa, i mąka, cynamon, czasami z dodatkiem karobu, czasami z jogurtem albo musem owocowym, jeśli nam zostało z dnia poprzedniego
4.    Placuszki z kaszy manny: kasza manna namoczona przez noc, banan, jajko; białko można ubić na pianę, będą wtedy bardzo puszyste, jak chmurka 😉
5.   Placuszki gryczane: namoczona przez noc kasza gryczana niepalona, zmiksowana na gładko, jajko,  banan
6.    Gofry z ciasta klasycznego (najczęściej szukam w internecie) albo z masy jak na placuszki gryczane
7.    Jajecznica albo jajko na miękko
8.    Serek homogenizowany albo bułka z dżemem, kiedy nie mam już zupełnie czasu na nic więcej

8:45. Pędem odstawiam Starszaka do przedszkola i gnam do pracy. Mam do wyboru dwie drogi: albo jak normalny człowiek szosą, co zajmuje mi jakieś 40-50 minut (trasa ma około 10 kilometrów!!!!) albo na skróty przez las, w 20 minut. Zwykle w lesie jest ruch jak na Marszałkowskiej i tworzą się małe korki, ale są dni, kiedy jestem tam sama i ogarnia mnie lęk. Że utknę w jakiejś dziurze. Że wpadnę do rowu albo na drzewo (zwłaszcza zimą, kiedy wszystko skute jest lodem), że zakopię się w błocie po kolana.

 

 9:45 – 13.45. W zdjęciach z pracy nie ma nic nadzwyczajnego. Ot, herbatka, lunch, znowu herbatka. Dlatego może znowu wtrącę dygresję na temat jedzenia… Zwykle nie robię planów na Nowy Rok, ale teraz wyjątkowo postanowiłam, że rok 2017 to mój rok, rok dbania o zdrowie i samopoczucie, przede wszystkim przy pomocy dobrej diety. I powiem Wam, że udaje mi się to całkiem dobrze realizować, zwłaszcza w pracy. W 90% przypadków przynoszę do pracy swoje lunchboxy, w 70% jest to coś bardzo zdrowego. Często są to klopsiki wegańskie, soczewica duszona z pomidorami według przepisu z Jadłonomii, dużo warzyw, a najwięcej awokado, zdarzył się nawet makaron z marchewki z sezamem, pycha to wszystko!

14.45 Brak zdjęcia, bo… buszuję po Lidlu w poszukiwaniu piżamek ze Smerfami i musów owocowych, bez których moi chłopcy nie potrafią przeżyć dnia. Potem na oparach dojeżdżam na stację benzynową i tankuję paliwo, bo jak widzieliście wcześniej, już rano kontrolka krzyczała do mnie i sugestywnie świeciła w oczy. Poza tym nie chciałam, żeby następnego dnia w lesie ziścił się mój koszmar o awarii 😉 Przyznam się Wam przy okazji, że od tylu lat nie nauczyłam się tankować paliwa w taki sposób, żeby zablokować pistolet na automatyczny wlew. Wiecie, o co mi chodzi? Próbuję za każdym razem i nie udało mi się załapać, co muszę wcisnąć i jak, żeby to zadziałało. Więc zawsze ściskam w dłoni pistolet, aż do omdlenia dłoni 😉

15.45. Razem z Igim odbieramy przedszkolaka i idziemy na spacer i drobne zakupy w osiedlowych sklepikach. Pogoda mało spacerowa, ale i chłopaki i ja musimy przewietrzyć głowę i pooddychać rześkim powietrzem. Franek wiesza rower na wózku, bo dłonie marzną na manetkach.

16:45 Jeszcze tylko poczta. Od kilku dni przychodzę tu po kolejne paczki z książkami, które wymieniłam w ramach #przeczytajipodajdalej3. Czekam jeszcze na kilka. Ta wymiana to super sprawa. W październiku kolejna edycja, bierzecie udział?

17.45. Zjedliśmy obiad, ale ponieważ, jak już pisałam, nie jestem #foodphotographer to nie będę was katować zdjęciami zupy dyniowej. Jakbym się nie przyłożyła to wychodzi mało smacznie 😉 Wolę pokazać Wam chłopaków w akcji. Dla pełnego obrazu powiem, że w tle gra bardzo głośno radio, a podskoki to super skomplikowane układy taneczne. Już wiecie, dlaczego potem narzekam na ból pleców po nocy na takiej kanapie?

18.45. Wszyscy jesteśmy zajęci swoimi sprawami, młodsi oglądają bajkę, starszy czyta książkę, a ja mam godzinkę na dopracowanie fotoksiążki. Na pewno Wam ją pokażę, kiedy tylko do mnie przyjdzie, bo będzie wspaniała!

19:45 Dzieci wykąpane, pachnące i ziewające siedzą na łóżku w oczekiwaniu na bajkę.  To stały punkt wieczoru a ja całkiem lubię te chwile, pod warunkiem, że nie czytam tej samej książeczki po raz 17 z rzędu. Dzisiaj kończymy opowieść o Szarym Domku. Igi, jak zwykle, przynosi książeczkę wybraną przez siebie i jest to… nie zgadniecie… Pomelo! Ten sam od kilkunastu tygodni. Wielka miłość Ignasia. Według niego Pomelo mieszka w Szarym Domku.  Idealne połączenie dwóch historii. Wiedzieliście? Czytaliście?

21:00 zdjęcia brak, ale cóż tu fotografować? Przenoszę się z łóżka o wymiarach 70/160 na łóżko o wymiarach 160/200, przeglądam fb i insta, biorę do ręki książkę, której i tak nie mam szans przeczytać, a szkoda, bo mnie bardzo wciągnęła. Tym razem to Tomek Michniewicz i „Swoją drogą”. Wstaję jeszcze ze dwa razy, żeby przykryć chłopaków, trzeci raz, bo przypominam sobie, że nie schowałam czegoś do lodówki i odpływam.

Dzień jak co dzień 🙂 A jak jest u Was? Może też braliście udział w wiosennym wyzwaniu i pochwalicie się swoim dniem? A po szczegóły zabawy zapraszam do Kasi z Worqshop i do Kasi z Antilight 🙂 W ich wpisach znajdziesz też linki do innych blogów biorących udział w zabawie.