Bober

Babcia.
Siedzi na stołeczku. Przed nią góra bobowych strączków. Łuska je jeden po drugim. Codziennie, dopóki bób rośnie na polu. Czasami siadamy razem z nią i pomagamy. Bez przymusu, za to z przyjemnością.
Lubiłam tak siedzieć z Babcią i słuchać jej opowieści. O tym, jak była mała i jak w czasie wojny ciężko zachorowała. Jak chodziła do szkoły i książki miała przewiązane sznurkiem. Jak lubiła chodzić przez łąki do cioci Janki i jak moja prababcia przyjmowała w domu letników. Jak się gotuje bałabuny i że dziadek kiedyś pracował na kolei.
Bób jemy na obiad. I na kolację też. Mogłabym tak codziennie. Taki zwykły, ugotowany w osolonej wodzie. Na ciepło i zimno, ze skórką lub bez. Smakuje zawsze tak samo dobrze. Po co głowię się nad daniami dla rodziny, skoro zawsze najlepiej sprawdza się to, co najprostsze, sezonowe, świeże.
Szukam dzisiaj tego smaku. Na targach i w warzywniaku. Na polu za osiedlem i na nadmorskich stoiskach z gotowaną kukurydzą. Szukam w ziarnach zamkniętych szczelnie w foliowym worku, kiszącym się tak od wielu godzin. W mrożonkach. Kupuję, szukam, wącham i smakuję.

I zawsze, za każdym razem, kiedy stoi przede mną miseczka z bobem przypomina mi się Babcia. I góra bobowych strączków przed nią.
I łąka, las, intensywnie pachnące żółte kuleczki, o których dzisiaj wiem, że nazywają się wrotycz. I pociąg, który przejeżdżał za oknami tuż przed Teleexpressem. Wielka do nieba lipa za płotem. Mirabelki i sok z woreczka, do którego wbijało się słomkę. Zapach zalewu i powidła z agrestu.

Bober. Bób. Moja letnia miłość.